Day 100 – solo xc

Gdzie by tu polecieć…? Przepisy FAA wymagają, aby lot zaliczany jako cross country był lotem na lotnisko oddalone o min. 50 NM w linii prostej od punktu startu. Po co więc kombinować, najlepiej wybrać destynację która jest najbliżej, a spełnia ten warunek – Albany (S12). A tak poważnie, w Albany można po prostu coś zjeść.

DSC02338.JPG

Czytaj dalej

Day 10 – pierwszy lot… helikopterem

Leniłem się spokojnie w mieszkaniu, kiedy nagle zadzwonił Łukasz. Zapytał, czy nie mam może ochoty gdzieś z nim polecieć – no pewnie że tak! 5 minut później spotkaliśmy się w szkole. Łukasz musiał jeszcze sprawdzić pogodę (która w ciągu dnia nie była rewelacyjna i dopiero zaczęła się poprawiać), policzyć trasę i złożyć plan lotu. Co ciekawe, oni tu wszyscy składają plan lotu telefonicznie…

Lot miał być stosunkowo krótki, ok. 1:30. Mój pilot wybrał trasę wzdłuż rzeki na północ, do Kelso, po drodze mijając Scappoose, a w drodze powrotnej Woodland. Zabrałem ze sobą aparat, żeby wszystko udokumentować. Na wstępie jednak: DZIĘKI ŁUKASZ!

DSC00618.JPG

Czytaj dalej

Nowy Targ i piękne widoki

Kuba okazał się być bardzo pomocnym pasażerem i dobrym nawigatorem, w związku z czym z przyjemnością wybraliśmy się na kolejny lot, tym razem zabierając na pokład również jego dziewczynę, Magdę. Dzień zapowiadał się wspaniale i pomimo mojej początkowej niechęci (z pogodą nigdy nic nie wiadomo) wybraliśmy się w góry, a konkretniej do Nowego Targu.

Ja i Kuba, w tle góry

Cóż tu dużo opowiadać, przelot był fantastyczny, no może poza lądowaniem w NT, bo mój tyłek odzwyczaił się już od trawiastych lotnisk. Po krótkiej przerwie na ziemi, podczas której Magda serwowała przekąski, wdrapaliśmy się na wysokość 5500 stóp, co pozwoliło nam wyjść ponad inwersję i nacieszyć się widokiem na Tatry.

Tatry, inwersja nad Nowym Targiem

Powrót okrężną drogą przez Mszanę Dolną i Dobczyce. Tu znów oddałem nawigację Kubie, bo mapa Jeppesena nie nadaje się do latania w dolinach, a moi pasażerowie doskonale znają okolicę z pieszych wędrówek. Swoją drogą, jest coś magicznego w locie między szczytami, które znajdują się na wysokości skrzydeł samolotu…

Na tym kończę ten wpis, bo nie ma sensu dłużej wysilać się i próbować wyjaśniać czegoś, co można zobaczyć w galerii na wspaniałych zdjęciach autorstwa Magdy. Dzięki za wspólny lot!

Z Kubą na kontrolowane

Ponieważ obiecałem znajomemu (który z resztą komentował tego bloga pod inicjałami JW), że będzie jedną z pierwszych osób które zabiorę na pokład, od kolejnego lotu nie miałem się jak wymigać. Pamiętam, że Kuba był zainteresowany lotem na lotnisko kontrolowane, więc nie było innej opcji jak opracować trasę na Balice. Żeby jednak posiedzieć w samolocie dłużej niż 50 minut, pomyślałem że można okrążyć od północno-wschodniej strony CTR, zrobić low pass na EPKK i wrócić do Kaniowa.

Cel osiągnięty - Kraków Balice

Cel osiągnięty - Kraków Balice

Czytaj dalej

Zmniejszona widzialność

Pogoda ostatnimi czasy nie zachęca do jechania na lotnisko. Wracając w poniedziałek w południe z uczelni zauważyłem jakieś skrawki błekitnego nieba, a że do końca dnia byłem wolny, więc od razu pomyślałem o samolocie. Spakowałem klamoty i ruszyłem do Kaniowa. Na Śląsku nie było już tak pięknie, ale gdzieś tam po okolicy można by się pokręcić…

Po dwóch lotach z pasażerami tym razem wybrałem się sam. Latanie z rodziną czy znajomymi jest fajne, można sprawić im niemałą przyjemność, pokazać świat z trochę innej perspektywy, wytłumaczyć fenomen lotu, pochwalić się świeżo nabytymi umiejętnościami, a może nawet zaszczepić w nich naszą pasję. Z drugiej strony, szczególnie na krótkich lotach, tłumaczenie wszystkiego i odpowiadanie na każde pytanie jest męczące i nie pozwala się skupić i w pełni „czerpać” wrażeń i doświadczeń z pilotowania samolotu. Wydaje mi się, że od czasu do czasu taki lot w ciszy przerywanej jedynie głosem innych pilotów i Info na radiu jest bardzo potrzebny.

Czytaj dalej

Licencja i pasażer

Nie byłbym sobą, gdybym po otrzymaniu licencji zaraz jej nie wypróbował. Dlatego dwa dni póżniej pojechałem na lotnisko do Kaniowa, tym razem już nie sam a z moim tatą. Pogoda była dobra, choć nie idealna bo widzialność ograniczało małe zamglenie.

Plan był taki, źeby polecieć do Pobiednika, niestety zrobiło się późno i została nam bliższa opcja, czyli lot w oklice jeziora Żywieckiego. Zaczęło się oczywiście od przygotowania samolotu, podczas którego tata uważnie obserwował moje ruchy i nie miał zachwyconej miny, kiedy poszedłem po mechanika bo wydawało mi się że jeden z popychaczy jest zbyt luźny, a środkowa śruba steru kierunku ma za duży dystans. Mechanik, Pan Darek, papatrzył swoim doświadczonym okiem, coś poruszał i zkwitował krótkim: można lecieć.

Czytaj dalej