Day 32 – pożegnanie

Panorama downtown Seattle o zmierzchu

Dziś Łukasz z Gosią wracają do kraju. Łukasz wylatał na helikopterach tyle godzin ile potrzebował, teraz czeka go krótka przeprawa przez ULC i dokończenie szkolenia do licencji zawodowej w Polsce. W przeciwieństwie do większości europejczyków z naszej szkoły, odrobił lekcję z JAR-FCL przez co jestem pewien, że polski kartonik otrzyma szybko i bez większych trudności. Jednak na wszelki wypadek życzę Ci Łukaszu powodzenia i cierpliwości :)

W tym miejscu chcę Wam też podziękować za Waszą pomoc, począwszy od tych kilku godzinnych rozmów telefonicznych, gdy jeszcze nie byłem pewien co do wyboru szkoły, przez odebranie mnie z lotniska, bycie biurem informacji, pokazanie mi okolicy, po wspaniałe loty helikopterem i wspólnie spędzony czas przy hamburgerach i piwie. Bez Was ten pierwszy miesiąc byłby pewnie dużo trudniejszy, a na pewno mniej ciekawy. Jeszcze raz, wielkie dzięki i do zobaczenia w Polsce!

Gosia z Łukaszem mieli kupione bilety z Seattle i potrzebowali się tam jakoś dostać. Najrozsądniej było jechać samochodem i mnie przypadł przywilej odwiezienia ich na lotnisko. Dzięki temu mogłem za jednym zamachem odwiedzić Seattle. Postanowiłem też spróbować Couchsurfingu. Jeśli nie wiecie o czym mówię, to zajrzyjcie na stronę Couchsurfing.org. W skrócie: są na świecie ludzie, którzy mają w domu miejsce do spania i chętnie oferują je nieznajomym podróżnikom. Z resztą, sami też zwykle podróżują i tak wszystko się kręci. Oczywiście zanim ktoś nas przyjmie na swoją kanapę, trzeba utworzyć profil i wysłać zapytania. Trochę trudniej jest, gdy nie ma się żadnych referencji od innych użytkowników, a szczególnie gdy chce się coś znaleźć na jutro. Z 7 czy 8 wysłanych zapytań dostałem kilka odpowiedzi odmownych i jedną „maybe”. Maybe, bo osoba która miałaby mnie gościć już oferowała komuś innemu nocleg, ale umówiliśmy się, że jeśli nikt inny mi nie odpowie, to znajdzie się miejsce i dla mnie.

Wyruszyliśmy z Hillsboro około 2 pm, licząc na 3 godzinną jazdę na lotnisko w Seattle. Warunki były bardzo kiepskie, momentami mgła i cały czas padający deszcz, ale mimo to dojechaliśmy szybko i bezpiecznie. Na lotnisku ważenie bagaży, niestety, trochę wyszło za dużo. Otrzymałem więc kilka nieplanowanych prezentów, w tym butelkę oregońskiego wina. Pożegnałem się z Gosią i Łukaszem i dalej sam pojechałem do Seattle. Nie lubię pożegnań, a w dodatku teraz nie będę już miał się do kogo odezwać po polsku.

Niestety nikt inny na Couchsurfingu nie odpisał do tego czasu z propozycją, więc została mi tylko Kate. A właściwie to Katka, bo 5 lat temu wyemigrowała do USA z Czech. GPS doprowadził mnie prosto pod niewielki domek, w połowie drogi między Seattle a Everett.

Mały dom na przedmieściach Seattle

Wszedłem do środka, gdzie oprócz właścicielki był także drugi couchsurfer, Valeri. Valeri to młody ukrainiec, który jest redaktorem ukraińskiego magazynu o motocyklach. Kilka godzin temu przyleciał, wraz ze swoim jednośladem, z podróży po Korei i planuje teraz zwiedzić USA, a dalej Amerykę Południową. Wspomnienia z wyprawy ma zamiar wydać w formie książki. Niestety nie było okazji do dłuższej rozmowy, bo Valeri był bardzo zmęczony lotem, więc zjadł kolację i poszedł od razu spać. W międzyczasie w domu pojawił się mąż Katki, Carl.

Otwarliśmy wino od Łukasza i Gosi (dzięki, choć wiem że sami wolelibyście je wypić), a że było naprawdę dobre, to butelka szybko się opróżniła. Dowiedziałem się co warto zobaczyć w Seattle, co jest przereklamowane i zrobiłem sobie mały plan jutrzejszego dnia. Po tym dyskutowaliśmy o Ameryce i Europie, o kryzysie który był w USA dużo poważniejszy dla zwykłych ludzi, niż nam się to w Polsce wydaje, o jutrzejszych wyborach i wielu innych rzeczach. Rozmowa była bardzo interesująca i zdecydowanie otwarła mi oczy na to jak wygląda prawdziwe życie Amerykanów, w przeciwieństwie do kolorowych obrazków w filmach.

Rano obudziły mnie biegające po pokoju szalone koty, spakowałem swoje rzeczy, wpisałem się do księgi gości i wyruszyłem na zwiedzanie Seattle i okolic. Jeszcze tylko zdjęcie living roomu z kanapą, na której spałem i drugą, na której widać Valeriego :)

Wewnątrz domu na przedmieściach Seattle

4 komentarzy do wpisu “Day 32 – pożegnanie

  1. a co do kolegi Lukasza to mam male pytanko (bo zapewne o tym rozmawialiscie):
    – jak jest z ta praca ‚w helikopterach’ ???

    Bo z jednej strony slysze, ze pracy w lotnictwie ‚nie ma, nie bylo i nie bedzie’ :-)
    a z drugiej, ze kryzys wiatraki oszczedzil.

  2. Perspektywy (przynajmniej w Polsce) są lepsze niż dla pilotów samolotowych, z bardzo prostego powodu – szkolenie śmigłowcowe jest znacznie droższe, nie ma też mozliwości szkolenia się „za darmo” w Rzeszowie albo wylatywania godzin w aeroklubach. Jak pewnie wiesz, Pogotowie kupiło trochę maszyn, co powinno być okazją do przejścia na emeryturę pewnej niewielkiej liczby pilotów z Mi-2. Do LPR-u powinni zostać wciągnięci doświadczeni piloci z sektora prywatnego, a tam być może zrobi się miejsce dla świeżaków.

    Za granicą sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo wojsko produkuje mnóstwo załóg z dużym nalotem. Dlatego 90% studentów śmigłowcowych w Hillsboro Aviation jest na wizie J-1/F-1 i planuje wylatać kilkaset godzin jako CFI. Niestety tylko niewielka część z nich dostanie robotę w HAI, część może popracuje jako instruktorzy w innych szkołach w USA, a część niestety wróci do domu z 250 godzinami i odpowiednio mniejszymi szansami na pracę w Niemczech, Norwegii, Austrii czy Szwajcarii.

  3. Cóż, ja o grupie dyskusyjnej ava.samoloty mogę powiedzieć tylko tyle, że gdybym miał fabrykę papieru toaletowego, to drukowałbym większość wątków i zawijał w rolki :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *