Day 420 – powrót, czyli NYC

Jak to mawiają, święta święta i po świętach. Wszystko co dobre kiedyś się kończy i trzeba było znów spakować walizki, pożegnać się z tysiącem osób i wyruszyć w kolejną podróż za ocean.

IMG_0649.JPG

Te trzy tygodnie w Polsce były naprawdę wspaniałe. Możliwość zobaczenia się z rodziną, znajomymi, przypomnienia sobie polskiej mowy i polskiego jedzenia. Nawet śnieg w górach pojawił się na czas i mogłem dwa dni pojeździć na nartach. Lotniczo niewiele się działo, no może poza przedłużeniem polskich badań – swoją drogą polecam (szczególnie osobom z Małopolski, które nie przepadają za wizytami na Prądnickiej) doktora Jacka Imioło w Zakopanem – szybko, konkretnie i bardzo sympatycznie.

Niektórzy czelnicy może pamiętają, że mój zeszłoroczny powrót do USA nie odbył się bez małych komplikacji. Nie zdążyłem wtedy na lot z Nowego Jorku do Portland, a wszystkie loty na następne dwa dni zostały odwołane ze względu na nadciągającą burzę śnieżną. Szczęście w nieszczęściu, akurat w Nowym Jorku miałem do kogo zwrócić się o pomoc i dzięki Beacie i Zbyszkowi spędziłem kilka dni zwiedzając Manhattan i okolice.

Tym razem z premedytacją kupiłem bilet z Krakowa do Nowego Jorku, a nie do Portland. Pomyślałem, że jak już lecę, to miło będzie odwiedzić znajomych w NY. Poza tym od razu kupowałem bilet na powrót, a że nie do końca wiem jeszcze gdzie będę ostatecznie pracował i skąd będę wracał do Polski, Nowy Jork jest najbezpieczniejszym wyborem jako symboliczna, ale i praktyczna „brama do USA”.

Po pożegnaniu się z rodziną w Balicach we wtorek rano, poleciałem CRJ Lufthansy do Monachium. Tam miałem półtorej godziny na drugie śniadanie w lounge’u i przesiadkę w A330-300 do JFK (po ostatnich przygodach odechciało mi się latać na EWR). Samolot na szczęście nie był pełny i jeszcze w czasie kołowania zdążyłem się przesiąść na dwa wolne fotele w środkowej „kolumnie”, także miałem dwa miejsca dla siebie. Zaraz po starcie usłyszęliśmy komunikat, po którym część samolotu zaczęła się po prostu śmiać: „Chcielibyśmy poinformować państwa o nowych przepisach obowiązujących na rejsach do USA. Gromadzenie się w grupy na pokładzie tego samolotu jest zabronione.” Wizja latania w kaftanach bezpieczeństwa staje się coraz bardziej realna…

IMG_0651.JPG

Ze względu na silny jetstream lecieliśmy po południowej trasie, początkowo mijając Zurich i Paryż, a następnie wlatując nad Atlantyk w okolicach Brestu. Trochę poczytałem, chwilę się zdrzemnąłem, coś tam zjadłem i 10 minut przed czasem, czyli o 14:50, wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Godzina stania w kolejce do Immigration, pieczątka i I-94 wbite w paszport i wreszcie mogę wyjść na powietrze, gdzie czekał już na mnie Zbyszek.

W Nowym Jorku planowałem zostać 3 dni, co zasmuciło trochę Beatę – niestety, na 20-tego mam już wyznaczony termin egzaminu i muszę wracać do Portland. Z pewnością gdybym mógł, zostałbym w gościach dłużej – nie tylko ze względu na wspaniałe towarzystwo, sam fakt bycia w Nowym Jorku, ale też jedzenie jakie mi serwowano – kilka zdjęć żebyście poczuli co mam na myśli…

Nazajutrz wybrałem się z Beatą do wspaniałej francuskiej piekarnii, która otwarła się w zeszłym roku w ich okolicy, a później już samodzielnie na zwiedzanie miesta. W zasadzie podczas poprzednich dwóch wizyt zobaczyłem wszystkie najważniejsze „atrakcje” Nowego Jorku, tym razem postanowiłem więc nigdzie się nie spieszyć i po prostu poczuć klimat miasta. Pomocny okazał się niewielki przewodnik, który zakupiłem na Kindle.

Zacząłem więc od przejażdżki subway’em na Brooklyn i spaceru przez Brooklyn Bridge z powrotem na Manhattan. Pogoda była wspaniała, widoki też.

DSC06583.JPG

Dalej, mijając City Hall, skierowałem się na północ dochodząc do Canal Street. Skręt w prawo i już jesteśmy w Chinatown. Prawie jak Hillsboro Aviation ;-)

Tak sobie spacerując poczułem, że zbliża się pora na lunch. Zerknąłem do przewodnika, gdzie znalazłem rekomendację prostej chińskiej jadłodajni, takiej dla localsów. I rzeczywiście, chyba byłem tam jedynym białym człowiekiem…

To żółte to pierożki z jakimś mięsem, a to białe to taka bułka na parze z „kuciakiem” i chińskimi jarzynami w środku. Ciekawy eksperyment za niecałe $3. Miałem też ochotę na deser, po który udałem się do pobliskiego spożywczaka. Za $2 nakupowałem różnych smakołyków o których niewiele jestem w stanie powiedzieć, oprócz tego że jedne były jadalne, a inne mniej.

Chinatown graniczy z Little Italy, czyli skupiskiem restauracji i sklepów w stylu włoskim. Głodny już nie byłem, ale kawy bym się napił. Niestety chyba wszystko w Little Italy nastawione jest pod turystów. Jak wszedłem do zwykłej „włoskiej” kawiarnii i zobaczyłem $5 za espresso to mnie delikatnie mówiąc zamurowało i lokal postanowiłem opuścić.

Z Little Italy zacząłem kierować się na północ w kierunku Union Square i w ten sposób doszedłem w końcu do 5th Avenue, zahaczając po drodze o FDNY na E 18th Street.

DSC06612.JPG

I tak tą Piątą Aleją szedłem i szedłem, aż w końcu trafiłem na Times Square. Co prawda nie sam plac był moim celem, a kawałek 46-tej ulicy między 5-tą i 6-tą aleją (czyli Little Brazil, gdzie miałem misję odwiedzić sklep i zakupić kilka produktów z Brazylii), niemniej nie zrobić zdjęcia na Times Square to jak nie zrobić zdjęcia na Rynku w Krakowie.

DSC06618.JPG

Zbliżała się już pora obiadowa, wsiadłem więc w subway i wróciłem z powrotem do mojej nowojorskiej bazy na Forest Hills.

Kolejnego dnia pogoda niestety nie była już tak przyjemna, zrobiło się zimno i deszczowo. Beata i tak jechała na Manhattan, więc zabrałem się razem z nią i postanowiłem odwiedzić kilka miejsc, gdzie będę mógł schować się przed warunkami atmosferycznymi (jak to dziwnie brzmi z ust kogoś, kto przyjechał z Oregon…). Zacząłem od Columbus Circle, a konkretniej galerii handlowej w Time Warner Center.

DSC06621.JPG

Stamtąd udałem się do słynnego Apple Store na 5th Avenue, a później do stojącego obok FAO Schwarz. Gdybym tak znów mógł stać się dzieckiem… (Schwarz photo by Trey Ratcliff)

Dalej skierowałem się w stronę Park Avenue i w dół wyspy, odwiedzając po drodze jeszcze kilka innych sklepów. Doszedłem aż do Madison Square Park, gdzie próbowałem w spokoju zjeść burgera w Shake Shack. Próbowałem, bo szalone wiewiórki chciały mi wyszarpać jedzenie z rąk.

IMG_0695.JPG

Pojedzony wsiadłem w subway dojeżdżając na Dolny Manhattan. Sprawdziłem co słychać w słynnym jeszcze niedawno Zuccotti Park – wokół parku stała policja i pilnowała aby nikomu nie przyszło do głowy zakładanie nowego obozowiska z serii „Occupy”. Z Parku widać też postępującą budowę Freedom Tower (1 WTC).

DSC06627.JPG

Naprzeciwko znajduje się dom towarowy Centrury 21, gdzie zawsze można znaleźć sobie coś fajnego w nieprzywoicie atrakcyjnej cenie. Godzina buszowania po sklepie jednak trochę mnie zmęczyła, co było świetną okazją do odwiedzin kawiarenki Financier i wypicia dobrego espresso z ciastkiem. Na koniec dnia pozostał mi tylko jeden punkt programu – Charging Bull, czyli słynny posąg byka w Bowling Green Park.

DSC06629.JPG

6 komentarzy do wpisu “Day 420 – powrót, czyli NYC

  1. Takie co wskakują na stół i próbują pożreć Twoje frytki. A jak chcesz je odpędzić, to wskakują na Ciebie. W USA wiewiórka to szkodnik, a nie milutki, pluszowy gryzoń.

  2. To samo w UK – po nogawce na ławkę i sama włazi mi do reklamówki. No ale to te szare, z Ameryki ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *