Day 57 – bomba

Mimo, że wczoraj wykorzystałem wolny dzień i pięknie rozrysowałem, policzyłem i przygotowałem sobie trasę naszego lotu cross country, pogoda popsuła nam plany. Można było na siłę próbować, bo ceiling wisiał na 2500-3000 ft, ale sam briefer (tak telekonsultant od spraw pogody dla lotnictwa, składania planu lotu, itp.) stwierdził „VFR not recommended”.

Co więc można zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Spędzić go w Portland. Ostatnio obiecałem szanownym czytelnikom, że wspomnę coś więcej o słynnych food cartach. Oto gdzie dziś jadłem obiad:
Polski food cart w Portland, OregonTak tak drodzy Państwo, oczy Was nie mylą! Traditional Polish Cuisine! To jedna z dwóch polskich budek, przynajmniej tak twierdzi strona Portland Food Carts. Ogólnie podobnych obiektów jest w PDX około 500-600, a to dzięki stosunkowo liberalnym przepisom sanitarnym, parkingom z dostępem do chodnika i zainteresowaniu mieszkańców. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo ciężko wyobrazić sobie kuchnię, której nie oferowałby któryś z „lokali”. Nie inaczej mogło być z naszymi polskimi przysmakami!

W ofercie „Euro Dish” są oczywiście pierogi, kiełbasa, gołąbki, bigos, nie wiadomo na co się zdecydować! Ja najbardziej zatęskniłem za pierogami, zamówiłem więc porcję 9 szt. (mix ruskich, mięsnych i z kapustą). Do tego zauważyłem świeży sernik, którego nie potrafiłem sobie odmówić (sernik mógł być z polewą czekoladową albo truskawkami, wybrałem opcję nr 2 – truskawki 26 listopada?).

Nareszcie miałem też okazję pogadać sobie z kimś po polsku, wręcz spędziłem przy ladzie dobre 45 minut zajadając się pierwszym od dwóch miesięcy „prawdziwym” posiłkiem i dyskutując z panią z budki. Dowiedziałem się trochę o Portlandzkiej Polonii, o samym mieście, a w zamian poopowiadałem co tam słychać w kraju. A że było zimno, to dostałem jeszcze darmową herbatę. Jedzenie bardzo smaczne, następnym razem biorę combo zestaw z gołąbkiem w sosie pomidorowym i smażoną polską kiełbasą. Niestety budka otwarta jest tylko w dni powszednie, więc najbliższa okazja dopiero w poniedziałek.

Wracając do Ameryki. Dzień po Thanksgiving nazywa się Black Friday i oznacza początek świątecznej wyprzedaży. Nie bardzo to rozumiem, bo na mój gust to świąteczna sprzedaż się powinna dopiero zaczynać, a nie kończyć. W każdym razie od rana dzikie tłumy walą do sklepów i wynoszą siaty pełne zakupów, choć tak naprawdę nie ma żadnych specjalnych promocji. Bardziej szum medialny i efekt psychologiczny, niż faktyczne przeceny.

W Portland wieczorem odbyło się coroczne odpalenie światełek na wielkiej choince świątecznej na Pioneer Courthouse Square. W tym roku wydarzenie to było podwójnie ciekawe, bo tuż przed godziną „0” na jeden z rogów placu podjechał van wyładowany materiałami wybuchowymi. W środku siedział 19-letni Amerykanin pochodzenia Somaliskiego, o pięknym imieniu Muhamud. Tenże młodzieniec chciał w imię Jihadu wysadzić w powietrze świętujący tłum zgrodzony na placu. Niestety biedak nie wiedział, że jego bomba jest atrapą. Jego kumpel, który od ponad roku pomagał mu zorganizować atak, okazał się być tajnym agentem FBI. Muhamud próbował kontaktować się z prawdziwymi terrorystami na Bliskim Wschodzie, ale pomylił adres mailowy i fakt ten wykorzystało Biuro, pisząc do niego i podszywając się za islamskiego bojownika. W dzisiejszym świecie nikomu już nie można ufać…

2 komentarzy do wpisu “Day 57 – bomba

  1. Fajnie! To się czyta lepiej niż książkę. Szkoda że pogoda wam za bardzo nie pozwala na latanie, ale w Polsce jest tak samo. Powodzenia w locie cross-country!

  2. no to jeden zamach terorystyczny maz juz na koncie :D powinno Ci wystarczyc ;) wiecej nie szukaj przygod

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *