Może przesadzam, może nie, ale przed jutrzejszym egzaminem postanowiłem jeszcze raz polatać z moim instruktorem i upewnić się, że nie zawalę na jakiejś głupocie. Może jestem naiwny, że tak próbuję przygotować się do zdania tego egzaminu raz a dobrze, gdy przy pierwszym podejściu oblewa go średnio 80% osób. Całkowita lub częściowa porażka nie byłaby więc tragedią, tym bardziej że za sam egzamin się nie płaci (oczywiście za samolot już tak), ale czas mnie goni – im szybciej dopiszą mi do numeru licencji literki „CFI”, tym szybciej zacznę wpisywać kolejne godziny do logbooka, a i może liczby na koncie w banku zaczną wreszcie przyrastać zamiast stale maleć.
Archiwa autora: Michał Miłoś
Day 438 – over downtown
Sobota, wspaniała pogoda, wybieramy się z pasażerką na krótki lot do Troutdale. Nie będę Was zbytnio zanudzał moją opowieścią, bo Kalyne przygotowała własne sprawozdanie z tej wycieczki, do którego przeczytania serdecznie zapraszam!
Day 437 – 6515R solo
Taki widok na Mt. Hood to tylko z Troutdale! Tym razem to nie pogoda, a niedostępność RG w Hillsboro zmusiła mnie do wycieczki na drugą stronę Portland by poćwiczyć sobie latanie – egzamin już za 4 dni!
Day 436 – Troutdale
23 stycznia udalo mi sie wreszcie wzbic w powietrze – pierwszy raz w 2012 roku. Nie znaczy to, ze pogoda w Hillsboro tak latwo odpuscila. Zeby moc troche polatac musielismy z Davidem pojechac do Troutdale, miasteczka po wschodniej stronie Portland, gdzie szkola ma drugi, znacznie mniejszy, „kampus”.
Day 430 – śnieg w PDX?
Na dziś zaplanowany miałem egzamin, ale jak to zwykle bywa, plany się trochę rozjechały. Żeby w ogóle przystąpić do zdawania muszę mieć w logbooku 3 godziny lotu z instruktorem w czasie ostatnich dwóch miesięcy. Brakuje mi 0.6h, poza tym nie łudźmy się, nie ma co oczekiwać pozytywnego wyniku jeśli nie latało się od miesiąca. Tylko jak tu cokolwiek poćwiczyć, gdy pogoda zaatakowała nas śniegiem?
Day 423 – Welcome to Hillsboro
Ostatni dzień w Nowym Jorku był dość leniwy. Znów śniadanie w La Boulangerie, później shopping (swoją drogą, t-shirt z Polski aktywował system antykradzieżowy w jednym ze sklepów i miałem przyjemność odwiedzić specjalny pokój z ławką wyposażoną w kajdanki). Z resztą niewiele da się robić, gdy na ulicy wiatr dochodzi do 42 węzłów (ponad 75 km/h), a już na pewno nie odbyć zaplanowną wycieczkę kolejką linową na Roosevelt Island. Wieczorem pożegnałem się z Beatą, Zbyszkiem i Olivierem (jeszcze raz dzięki za gościnę!). O 19:30 byłem na JFK i po krótkiej przepychance z agentem TSA (Goiabada w podręcznym mogła być przecież bombą) wsiadłem do A320 JetBlue w rejsie do Portland, Oregon.
Day 420 – powrót, czyli NYC
Jak to mawiają, święta święta i po świętach. Wszystko co dobre kiedyś się kończy i trzeba było znów spakować walizki, pożegnać się z tysiącem osób i wyruszyć w kolejną podróż za ocean.
Wesołych Świąt!
Wszystkim Czytelnikom bloga i ich Rodzinom pragnę życzyć wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia, radości, miłości, znalezienia czasu dla bliskich i znajomych oraz wszelkiej pomyślności w nowym roku, a Koleżankom i Kolegom pilotom lotniczych prezentów pod choinką i wielu niezapomnianych podniebnych przygód!

Tym, którzy interesują się moim losem chciałbym też życzyć odrobiny cierpliwości – kolejne (zaległe) wpisy pojawią się po Świętach. Serdecznie zapraszam!
Day 419 – Kraków
Wyznaczenie terminu egzaminu na CFI zwykle trwa tydzień albo dwa. Cierpliwie czekałem więc na telefon z FAA, ale gdy po 15 dniach nadal byłem bez jakiejkolwiek informacji zacząłem się niepokoić. Poszedłem do Chrisa (szefa instruktorów) i poprosiłem go, aby sprawdził o co chodzi. Następnego dnia wszystko stało się jasne: faks z moim zgłoszeniem do FAA dotarł, ale co się z nim później stało, nikt już nie wie. „Zaginął”, a w raz z nim moje szanse na egzamin w tym roku, bo 19 grudnia wracam na święta do Polski.
Day 412 – Columbia
Znów lot na północ. Pora na manewry na wysokości. 6000 stóp brzmi w miarę bezpiecznie, tym razem pojmując bezpieczeństwo jako nie utracenie licencji przez wpakowanie się w przestrzeń klasy C lotniska PDX (poniżej 4000 ft). Przy okazji podziwiam piękno Columbii i tegoroczną grudniową pogodę. W porównaniu do zeszłego roku, w tę zimę jest sucho jak na Saharze.